erotyk z errorem.
on ukradł klucze na księżyc. ona zakpiła z nauk ścisłych. nie pierwszy to raz dwoje ludzi czeka na siebie, żyjąc swoimi życiami jedynie w międzyczasie. aż w końcu wzywa ich pełnia.tu rozegra się erotyk na miarę wieku „wszystko jest możliwe”. w przytulnym kraterze majowa tęsknota weźmie górę nad wstydem. opadną ubrania, uniosą się ciała na ciele niebieskim. zaszeleszczą niegrzeczne szepty, przyspieszą skrócone oddechy. tej nocy dwoje ludzi odda się tajemnicy oddania.
i właśnie wtedy, gdy ona nie powstrzyma już jęku rozkoszy, a jemu po plecach spłynie słodki pot… och tak… właśnie wtedy stanie się to, czego żaden poeta w swych erotykach nie zapisał, a jeden mógł, bo kiedyś sam, na własnej skórze… więc właśnie ich, nieostrzeżonych, nieostrożnych, nagich i bezbronnych, chcących tylko siebie, w siebie zaplątanych… jak grom z jasnego nieba, właśnie ich oślepi aparatów flesz, a potem ludzkich oczu błysk i stanie się jasne, że patrzy cały świat.
mleko się rozlało, tajemnica niedopilnowana, zawiódł plan. erotyk znowu się nie spełni, bo księżyc jest dziś trochę bliżej ziemi. dostępny dla każdego. niepotrzebne teleskopy i kosmiczne statki, wystarczy dobry zoom.
zawistny poeta, który kiedyś sam na własnej skórze, ręce zaciera w ekstazie, po latach czekania pomysł ma na wiersz.
do zagrania tylko w sali kolumnowej.
on.
szara twarz, oczy i chuda sylwetka. niemal niezauważalny. nie zauważa go żona, szef i współpracownicy. reszta ludzi też najprawdopodobniej nigdy by go nie dostrzegła, ale pewien jego codzienny nawyk sprawia, że przykuwa uwagę całego osiedla. u jednej trzeciej buduje nerwicę, u pozostałej części systematycznie ją pogłębia.
jego nawyk.
każdego dnia, nie pomijając sobót, niedziel i świąt, 6:30 rano. tiut tiut, pilocikiem wyłącza alarm w swoim dwudziestoletnim gruchocie. jeb! wsiada i trzaska drzwiami. jeb! jeb! teraz dopiero je domyka. ijaijaija, testuje alarm, czy oby nocą działał. uuuuu, piiiiiiii testuje dalej. działa. tiut tiut, wyłącza. wrrrrrrrr, odpala silnik, wrrrrr, wrrrrr, wrrrr, prych, prych. jak co dzień auto nie odpala. jedyna rzecz, która w nim działa to alarm i dlatego jest taki ważny, żeby go nikt nie ukradł. jeb! wysiada i trzaska drzwiami. jeb! jeb! domyka. tiut, tiut włącza alarm. ijaijaija, uuuuu, piiiiiii, tak na wszelki wypadek, czy działa. działa. tiut, tiut, wyłącza. tiut, tiut włącza. obchodzi auto dwa razy, rusza w kierunku przystanku. wszystko powtarza około 22:00. zasypia spokojnie dwadzieścia minut później.
ona.
ma apetyt. zjadła siebie, bliższych i dalszych krewnych, psa, sąsiada z piętra wyżej, wszystko z reala i auchan. jego nie zjadła jeszcze tylko dlatego, że zwyczajnie go nie zauważa. w autobusie zajmuje dwa miejsca, mimo jednego skasowanego biletu. wie dokładnie co może kupić za pół swojej renty, za całą, za dwie, dziesięć i na co nigdy nie będzie jej stać.
miejsce.
sala kolumnowa, otwarta po latach zapomnienia. trzy nawy wyznaczane marmurowymi kolumnami. kryształowe lustra i żyrandole. drewniane posadzki. wszystko zachowane w nieskazitelnym stanie, bo ludzki bucior nie stał tu od początku dwudziestego wieku i przez tyle czasu po nic nie sięgnęła żadna człowiecza łapa. żadna gorliwa sprzątaczka nie tarła marmurów środkiem żrącym, żadna szmata nasączana kwasem nie ślizgała się po deskach. podobno pod zdobionym sufitem unosi się zapach perfum wyśmienitych dam. podobno sam chopin zarysował podłogę w prawej nawie, bawiąc gości przy fortepianie.
przypadek.
przypadek sprawił, że oto właśnie on i ona jedzą tu dziś kolację. jakiś sms, jakieś pytanie, jakieś losowanie w jakimś komputerze i taka właśnie nagroda. razem zasiądą do stołu. w jednej z najpiękniejszych na świecie sal.
akcja
oni przy suto zastawionym stole. światło świec pada na srebrną, piętrową tacę z przystawkami. potem na wykwintnie przyrządzoną dziczyznę, nieco później na fantazyjną konstrukcję tortu śmietankowego wysadzanego owocami, których nigdy wcześniej nie próbowali. od czasu do czasu zabrzęczy kryształowa zastawa. w sąsiedniej nawie, dyskretnie, przygrywa kwartet smyczkowy. jest jedynie tłem do mającej się między nimi wydarzyć konwersacji.
on: podaj mnie herbaty.
ona: ile słodzisz?
on: dwie czubate.
po tej kolacji salę zamknięto na kolejne sto lat. rozpadł się kwartet smyczkowy. on nigdy już nie sprawdził swojego alarmu. ona go zjadła.
profesjonalistki.
wytrawna gospodyni wie, że ciecierzycę moczy się dwanaście godzin, zanim zrobi się z niej cokolwiek. nigdy nie wypowiada kwestii: „ obiad będzie dopiero jutro”.
dobra matka nie obraża się na swoje małe tylko dlatego, że ono ma inne zdanie. nawet jeśli grozi to zniszczeniem świata, ona wie, że najpierw należy znaleźć dobre strony katastrofy, tak, by małe nie miało niskiej samooceny.
kochająca żona nie pyta. tę ma wyższość nad innymi kobietami, że czyta między ciszą a półsłowem i wie. przede wszystkim o tym, że lepiej nie wiedzieć.
namiętna kochanka skrywa obietnicę. tajemnicę. ogień. w jednej chwili gotowa być trzpiotką zabawką, nawet, jeśli jej życie składa się jedynie z tęsknoty. z samotności bycia tą drugą.
dobra konkubina zna sekrety żon i kochanek ale wie, że jej siła leży w odcinaniu się od jednych i drugich.
kompetentna pracownica nieustannie próbuje być lepsza. od samej siebie z wczoraj, od innych, od sprzętów biurowych, czy nieistniejącego źródła wszelkiej kreatywności, energii i wiedzy. ona, prawdę mówiąc, w nie wierzy.
profesjonalistki.
tylko nie wpisuj tego w CV, wszyscy będą się śmiać.
obchody
ogoliła nogi.
umył zęby przed kolacją.
oboje wiedzieli o tym od rana. dziś będzie. trochę ponad kwadrans. za czekoladowe serce i bukiet zmarzniętych róż. triumf walentego. jak co roku.
to nie jest kraj dla myślących ludzi.
propozycja rosyjskiej ruletki wywołała falę sprzeciwu. organizatorkę wieczorku oskarżono o niepolskość, niewiarę, aborcję, eutanazję i seks z putinem. zapadła dłuższa cisza. to rzadkość w towarzystwie mówców. chór gotowy do komentarza, trwa na wydechu. ktoś nerwowo opróżnił butelkę, rekwizyt potoczył się po pokoju. organizatorka zakręciła pierwsza. niech wygra najlepszy. bez reguł i zasad, w imię narodu, granic kraju, polskiego ducha. w imię tego, co najważniejsze, jedyne, prawdziwe, poparte dowodami na trzy pokolenia wstecz. flagę wprowadzić! do hymnu!
chór: ten, kto tego wszystkiego w sercu nie ma ten żyd! a ty jesteś stara dupa. brzydka i śmierdzisz, może nawet dajesz murzynowi! fuj!
pan premier robił uniki. nie dlatego, że chciał, po prostu się przyzwyczaił. wychylał się to na lewo, to na prawo. retardował, jąkał bezwiednie, groził, pozował, kokietował, kozaczył aż padł. poddał się cichutko i udawał, że nie boli. niech mają! jak nie teraz to innym razem. to się w końcu uda. a jak nie, to drugie dobrze. oj tam oj tam, głupia gra!
chór: kolejka stracona, córka wystrojona!
w oka mgnieniu stery przejął niedetektyw r. wyczuł, że jeśli tego nie zrobi, wieczór padnie na ryj. coś zamącił, pogroził, wysłał jakieś nic do ekspertyzy. raz, dwa trzy, katem jesteś ty! jak nie ty, no to… to nie jest zwykła gra, to gra operacyjna! ten zabił tego. sprawa zakończona, nagrodę weźmie, ale przeznaczy na cele. bez licencji a ludzki pan. no to teraz niech trup zakręci, bo śledztwo nie kończy się nigdy!
chór: żeby tylko tacy oszuści, to żyło by się wreszcie jak w cywilizowanym kraju. on wskazał, kto zabił, a że się pomylił? każdemu się zdarza, nikt się nie obraża!
a zmyła! żart, psikus, bo martwy to ten drugi, a ten tu siedzi i nim nie jest, mimo, że oczy przecież nie kłamią. a skoro o tym, bo tak mu się wszystko kojarzy, to cicho, cicho, bo słyszy głosy. jak to jakie? te z kokpitu. ale jakiś szmer paskudny wszystko zagłusza. to mgłę ciągną, szeleszczą okropnie. wiadomo, gdzie rosja a gdzie hollywood. butelki nie odda, bo tragedii już dosyć matce polsce. czasem zakręci, czasem tylko pokaże. zrobi, jak zechce, zdania nie zmieni. głos oddaje posłance, na chwilkę, do zwrotu, bo teraz się tak będą sprawiedliwie i w jedyny słuszny sposób wymieniać. raz on, raz ona, dopóki nie przyjdzie hofmanek. to już będzie niedługo, sypkim pudrem teraz tylko nosek przyprószą.
chór: oto jest pan! bóg ojciec, duch święty, albo kain, lub abel, to trzeba jeszcze sprawdzić. alleluja! po latach utrapienia trzyma butelkę i nie odda. polak z polaka i w polaku! wreszcie można spać spokojnie, chyba, że jest się europejczykiem. wtedy lepiej oczy mieć otwarte! europo przyszła twoja czarna godzina! o morderczyni nasza! upokorzycielko nasza! gacie pakuj kacie i won!
ona, posłanka, krótko: poezja szymborskiej to jej się z polskością nie kojarzy! z tego wniosek
puentować chce chór: ale, ale ukłony dla posłanki! ledwo ta poetka ostygła troszkę, a ona niestrudzona już dotarła do wierszyków gówno wartych! wierzby, pszenicy, kartofliska, nic nie ma! a nobel, wiadomo, szwedzki drań. do wymuszania zachwytu zakamuflowaną poezją zdradziecką. i o czym to w ogóle było? każdy słowa sobie może zestawić w komplecik! wstyd! i świecki pogrzeb chciała, boga w sercu nie miała!
tu słowo przerywa happening, bo przy stole siedzi z nimi mistrz takowych, jednostka niecierpliwa. pokój zadymił kadzidłem, nikt się nie spostrzegł, kiedy dorysował wszystkim wąsy. i co wy na to? zatkało? what’s up bitches? szarżuje obcymi słowami.
chór: wtf, lol, omg! zatkało!
butelka toczy się po nierównej podłodze, końca nie będzie. konia dosiada k. beata, drżącym głosem skrzeczy, że jej czubaszek marii żal. że matka powiła ich piątkę i kraj mogą budować, a taka bezdzietna maria to co? imię piękne na zmarnowanie…
chór: niematka, chodząca aborcja, to co może? nic nie może! jaka strata, jaki żal! zabić w łonie! to król grzechu najcięższego! łono jest od bycia ołtarzem, cieplutkim kokonem miłości, a nie od bycia podbrzuszem. święci od ołtarzy, kobiety od bolesnych porodów. krew, rozwarcie, łożysko i skurcze to piękne słowa dla tej, co ma macicę. zapłodniona, zatopiona! decyzji jej innej, niż powić, podjąć nie wolno! ona, matka musi być męczennicą, inaczej jest tylko ścierwem i grzesznicą!
chór płacze. zebrani biczują się w ramach zalecanej profilaktyki. organizatorka chyba krzyczy.
chór: to ile trzeba pluszowych tygrysków, żeby wszystkie nienarodzone istotki otulić miłością? albo te zabite zaraz po urodzeniu? ile cierpliwości, ludzkiej wyższości nad bestią, żeby takiej mordmatki nie zlinczować? to nie jest żadna osobista tragedia! to zawsze jest sprawa nas wszystkich! nas onanistów ludzkim nieszczęściem. ludzi z dobrą wolą smakowania cudzych dramatów. bo jak nie przyjść, nie popatrzeć? wyławiane, wykopane, wyjmowane, to tu, to tam, na trasie spacerowej, w sobotnie przedpołudnia, w parczku, w lasku, na placyku, z beczuszki, z kontenerka, z reklamóweczki. zobacz, jaki martwy bobasek, zapalimy mu świeczuszkę, damy lalę, narysuj dziecko obrazek dla małego trupka. bóg czuwa, żeśmy się tu znaleźli! ale passa! my jesteśmy dobrzy ludzie! a jak tego nie rozumiesz toś żyd! a jak ci się w głowie mieści inaczej troszkę, toś pedał i faszysta! zdechnij, bo tu nie ma miejsca dla takich, jak ty!
…
organizatorka spotkania, w nocy z poniedziałku na wtorek budzi się i siada na łóżku. rozgląda się po ciemnym pokoju, uspokaja się i opada na poduszkę. dopiero po kilku minutach dociera do niej, że to nie był sen.
b25
gdyby nie zimne powietrze, wpadające przez otwarte okno, mogła by uznać, że wszystko, co jest tam a nie tu, to tylko film. ponury dokument, wysysający z widza soki witalne, bo artysta w połowie zapomniał wyłączyć kamerę. jakiś blok, jakiś sklep, jakiś dziad, w nierozłącznej parze gówno z psem i wszystko na szaro, by wzmocnić efekt klasycznej beznadziei. impresjonizm zza brudnej szyby.
nikt nie wie, czy to przez to tam, przestała wychodzić z domu. nie podjęła chyba żadnej decyzji, po prostu zamknęła drzwi na klucz i zaciągnęła zasłony. wczasy od rzeczywistości w niewygórowanej cenie: przestajesz istnieć. i przestawała. zniknięcie, nawet na chwilę uruchamia proces w jedną stronę. schodzisz z oczu ze wszystkim, co tobą i twoje. nie masz głosu. zwalniasz miejsce. światła zgasły. napisów i tak nikt nie czyta.
to tu, jest bezludną wyspą. był tu ktoś na początku, ale zabiła go w obronie własnej. roztrzaskała mu głowę tępym narzędziem, bo zakłócał popołudniowy spokój. a może to był sen? takie pytanie może się powtarzać, bo wszystko co tu się dzieje, mogło się wydarzyć naprawdę, albo tylko w jej głowie.
w jej głowie, nie jest zresztą na żadnych wczasach. nie jest morderczynią, ani wcale nie zamknęła drzwi na klucz. po prostu nie wychodzi z domu. nie było okazji, ani potrzeby. wszystko dostaje pod nos. zamówione, niezamówione, chciane, niechciane, znienawidzone, gorzkie pigułki, słodkie desery, namiętne noce w oparach kadzidła. brzydkie słowa, słowa, chęci, niechęci, podobizny tego, co istnieje gdzieś naprawdę, ale ona już w to nie wierzy. tęsknoty, przesyty, odwrócone spojrzenia, spojrzenia bez patrzenia, zimno, ciepło, zawodzącą polifonię, głuche telefony, nie telefony, wyobrażenia, marzenia, nic nie dostaje, ale z domu nie rusza się wcale.
życiem można pożyć, albo robić zapasy na później. a potem żreć je latami. to sprzed dwóch dni, to się przegryzło i smakuje nawet lepiej niż wczoraj. ale z tego sprzed lat, smak wyparował i tylko osad mdły został, za to w niezliczonej ilości weków. będzie do końca. z chlebem to nawet da się przełknąć. smacznego.
sen o małym penisie.
mały to się wszędzie wciśnie. jak okruszek gryzący nocą. jeden wystarczy, by nie zmrużyć oka. no to jeść przed snem, chroniąc się tym samym przed taborem wściekłych pół cyganów pół wilków, czy nie?!
małego to można nie zauważyć. niepostrzeżenie zakrada się bocznym torem, tup tup, biegnie na oślep i już jest. z niczego wielki obraz. rządzi niepodzielnie. ale jak na wszystko mieć baczenie? czy to w ogóle możliwe, każde ziarno myśli przez cenzurę dobrych snów przesiać?
okrągły jakiś taki, a penis. rozmiar znikomy. śmieszny. dynda, tańczy, podskakuje. jest. jednak się zdecydował. właśnie teraz, kiedy bal miał się odbyć bez niego. nakrycie ze stołu sprzątnięte, modne wąsy schowane, w głowie wszystko na ona. musiał się czaić już wcześniej, małe to się zawsze wciśnie. małego to można nie zauważyć. a potem straszy nocą. prąciątko w roli głównej, koszmar king kong.
- piękna panienka! - zdiagnozował ignorant udający proroka. - usteczka bardzo ładne - brnie esteta uzbrojony w wykrywacz prawdy. - a jaka szybka, ruchawa taka - dowcipkuje pan idiota, by w jednej chwili współczuć jednak szczerze – no kolejką bawić się nie będzie. pan wieści dziwnej treści. pan ja oto zwiastuję chichot losu, bo miał być chłopiec, widać to w każdej kapiącej tu z leżanki na podłogę łzie. to się wytrze i nie będzie śladu. o, o, miał rację, wyraźnie widać, intuicja kręci dupą i ucieka. pan nie powiem najważniejszego, faktycznie się nie mylił. miał być on.
kogo dopaść najpierw? przeczucie, starego oszusta na etacie, czy pana o brak siusiaczka, hello kity! jak sobie poradzić, skoro jeszcze nie dane, a już utracone? czego się złapać, kiedy wszystko leci w dół, a otchłań wywiesza zakaz wstępu? co krzyczeć, gdzie pędzić? znowu oswajać dzikiego zwierza w głowie? urządzać obce przestrzenie? to tak nie działa! nie działa, więc pada się i leży. słychać wycie wszystkiego, co się kiedyś nie udało. a potem jeszcze echo. przez kilka dni. aż w końcu rusza karuzela.
pierwsza zero trzy, pierwsza zero trzy, mógłby powtarzać piękny głos zegarynki, ale ktoś wyłączył go dawno temu. szkoda. cisza przed burzą. spokojne kołysanie. zabawa, pomyśli amator. a tam zrywa się sztorm. piratka opuszcza bocianie gniazdo. do akcji! rozbija się to o prawą, to o lewą burtę. poradzi sobie. duża fala, to jej żywioł. cała na przód! czas się lepiej poznać i uwierzyć, w siebie wzajemnie. to żadna bajka, magiczny pył, tylko ona tam prawdziwa. i ona prawdziwa tu. obie. razem. może podobne, a może zupełnie inne. nieważne. lubią te same piosenki. jedna dla drugiej chowa już skarby sekrety. rysuje mapy wspólnych wypraw.
i tylko ten sen. a z niego mały penis. jak okruszek, drażni, uwiera. robi bałagan, tam, gdzie poukładane.
puk, puk. dzielna piratko wód płodowych, mała dziewczynko, jesteś tam?
z daleka.
wędrująca nocą stopa jest kompletnie niedorzeczna. jej zjawisko osadza się gdzieś poza logiką, pragmatyzmem, czystej postaci przyjemnością, czy chociażby żartem. jest bzdurą. przekleństwem i karą. lezie to pół nocy, cholera wie po co i dokąd. trochę w prawo, trochę w lewo, w przód, w tył, i od nowa. trze o prześcieradło, aż boli. nie bólem prawdziwym nawet, ale tym doprowadzającym do szaleństwa. drażniącym, męczącym, nieznaną siłą zmuszającym do powtórzeń. to lewa stopa. prawa próbuje dogonić. wpaść w rytm, dotrzymać kroku ale tylko po to, by pobyć we dwie. razem, nie osobno. wspólnie. jeszcze nie wie, że jest bez szans, bo lewa stale ucieka. od prawej. od pary. od grupy. w samotną wędrówkę, ku zazdrości pozostałych nieśpiących organów.
rodziny się nie wybiera. przyjaciół podobno można, ale czy to przypadkiem nie jedno z większych kłamstw? obietnica bez pokrycia, byle tylko uchwycić człowieka w chór. współpracownicy, współpasażerowie, współtwórcy, odtwórcy, sąsiedzi, wyznawcy jednego boga. nie bóg zresztą ma tu znaczenie, ale wspólne go wychwalanie. przystojny chrystusek, tak samo jak żyjący ciążą brzuch, mąż bez serca, kuchnia tajska, czy namiętny seks, zrzesza, chwyta i wiążę. udupia. i już jedziemy na jednym wozie. pieprzymy szatana, leniwe położne, falbanki i zielone curry. pieprzymy pieprzenie i wyjemy do księżyca. byle wspólnie, na chwałę ojczyzny, domu, fabuły, córek, synów i pornoupodobań. pierdolimy bez sensu za to dużo. klepiemy się po ramionach, po brzuszkach i dupach. wbijamy noże w plecy, plujemy w twarze, wycieramy i od nowa. bo być razem, to więcej niż samotna wędrówka, której zjawisko osadza się gdzieś poza logiką, pragmatyzmem, czystej postaci przyjemnością, czy chociażby żartem. jest bzdurą. przekleństwem i karą. jak cisza. jak strach, że sami sobie nie mamy nic do powiedzenia.