znowu jest maj

moje dziecko nie nazywa mnie jeszcze mamą.  moja babcia mówi już do mnie per pani.  niecierpliwość podszyta radością miesza się z bolesną tęsknotą za tym, co nigdy nie wróci. tak dotknąć mogą tylko słowa znające adres. niezależnie od emocji, na końcu zawsze zamieniają się w czułość.

ludzie mówią chyba co raz więcej. najgłośniej o sobie. najczęściej obok kogoś. już nie słuchają. nie pytają, a jeśli to bez pauzy na odpowiedź.  rozmowy będzie się niedługo wystawiać w muzeach. zachrypnięte dialogi dla kolejnych pokoleń. tylko, czy ktoś się nad nimi będzie chciał pochylić?

może ktoś mi odpowie. może ktoś będzie chciał porozmawiać. przecież nie ma niczego, co mogłoby bardziej połączyć dwoje ludzi.

pewien śpiewak operowy, już od rana miał ból głowy.
człapał smutny po mieszkaniu, nawet załkał przy śniadaniu.

przy obiedzie rzekł do żony, że w operze jest skończony.
- nie zaśpiewam już na scenie, takie mam postanowienie!

żona ręce załamała, męża śpiew wprost uwielbiała.
- to dla fanów będzie cios, dla nich wszystkim jest twój głos.

śpiewak smutną zrobił minę. – wezmę się za pantomimę.
w nocy straszny miałem sen, gorszy niż tysiące hien.

koszmar pięknie się malował, w lesie śpiewak spacerował.
wąchał kwiaty, jadł jagody, rządny nocnej był przygody.

spotkać zwierza chciał dzikiego . -pokaż no tu się kolego!
szukał chyba trzy godziny. – czy to las jest bez zwierzyny?

-gdyby trafił się choć bóbr! – na te słowa podszedł żubr.
wielki niczym góra siana. – pan mnie wołał, proszę pana?

żubr, bo gapa, sypnął piachem, śpiewak ugiął się pod strachem.
krzyczał, skarżył się na los, wtedy właśnie zgubił głos.

podział tenor swój głęboki, świadczyć mogą o tym sroki.
kiedy lasem gnał nad ranem, piszczał cienkim już sopranem!

- obudziłem się w rozpaczy, mój talencik nic nie znaczy!
moja żono, co za cios, zgubić operowy głos!

żona szepcze mu na uszko – chyba leży pod poduszką.
i jak tylko mogą wróżki, głos oddaje spod poduszki.

nie ma teraz śpiewak czasu, by do żubra wpaść do lasu.
każdej nocy, po kolacji, śpiewa w swojej już tonacji.

bura kasza

momenty ekstremalnej uczciwości z sobą samym zdarzają mu się jedynie w nocy. budzi się wtedy zlany potem, dręczony pytaniem: jak? jak to się stało, że każdego cholernego dnia staje na balkonie, w swojej za małej, poplamionej moczem piżamie i krzyczy „ja –ro-sław  polskę zbaw!”

odpowiedź przecież musi w nim być. gdzieś zasypana śmieciami wypełniającymi jego głowę, serce, żołądek i żyły. jak to się stało, że całymi dniami żyje historią pozbawioną jakiś namacalnych korzeni. bez kotwicy, uchwytów, bez niczego, co pozwoliłoby wierzyć, że można się zatrzymać, tu, gdzie się jest, poczuć to, co się czuje, wyrzygać to wszystko do dna i iść spać, a potem po prostu obudzić się tym człowiekiem, którym się miało być, którego się po sobie samym spodziewało.

na początku była matka. to od nich się wszystko zaczyna i na nich się kończy. ta jego, zawsze była stara. taki żart od losu. upchnięty w to stare ciało podobno miał się z niego nie wydostać żywy. całe życie słyszał, że miał się urodzić martwy. matka mówiła „ miałeś być martwy”, jakby mówiła: podaj sól, albo będzie padało. całą istotę macierzyństwa zawierała w tym jednym zdaniu i nigdy nie wiedział, jaka jest puenta. potem jest jakaś szara taśma śniadań, obiadów, śmietankowych deserów z kożuchem, piosenek na każdy temat, zębów w szklankach, tykających zegarów i włosów w wannie. nic z tego nie układa się w żadną sensowną całość. matka sama teraz żyje martwym życiem i trudno doszukiwać się w niej odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie.

ojciec był zawsze na czas. kto rano wstaje, czas to pieniądz, ale już późno, pięć po, za kwadrans, na ułamek sekundy i co do niej. umarł, zanim zdążył się zmieć, oczywiście w samo południe, co bolało jeszcze bardziej.  wszyscy mówili, że matka bez ojca nie da rady, kwestia dni, że jak tak się kocha, to serce nie wytrzymuje, pęka z bólu. minęło niemal siedem lat i nic. trwa. nie zostawiła mu, jedynemu dziecku, mieszkania, uzbieranych przez życie klamotów, wolnej ręki , spokoju i pola do popisu. uparcie trzyma się życia, łykając śmierdzące pastylki na wszystko, co tylko się da. zjada je, nimi je popija i popychając palcem zaczyna od początku. jest nimi wypełniona, z nich zbudowana, grzechoczą, jak się porusza, choćby tylko kiwnęła palcem. żyje. nigdzie nie wychodzi, wszystko robi z niczego, o niczym z nikim rozprawia godzinami. mama. podobno w ostatniej chwili życia woła się właśnie ją.

mieszkanie jest jasne i duże. a przynajmniej takie było i takie będzie, niech tylko ten koszmar się skończy. teraz przypomina rekwizytornię, magazyn przedmiotów zastępowanych następnymi, ale z jakiegoś powodu nie do wyrzucenia. to mieszkanie to jedyny stały punkt w jego życiu. własnościowe, tanie w utrzymaniu na tyle, że starcza z emerytury matki. to nie tak, że on na matki garnuszku jest od zawsze. miał pracę, robił karierę, delegacje, kolacje i dyrektorska tabliczka na drzwiach. sekretarka, premie, samochód, konto w banku i drobne dla biedaków. tak było, a teraz tak nie jest. teraz jest codziennie bura kasza. podobno pożywna, ale to bez znaczenia, bez znaczenia jest również jej smak, bo zmysł stracił kilka lat temu, matka mówi, że przez stres. no to po co gotować i jeść, jak człowiek, on przecież tylko żre tę burą kaszę, jak świnia.

świnią nazywa go była żona, była córka i byłe kochanki. jaki ten świat niesprawiedliwy, teraz wszystkie trąbią o wolności macicy, o aborcji, o samorozwoju, życiowym biegu a jemu trafiła się taka, co chciała mieć poukładane. poukładany domek, w którym na równie ułożonym prześcieradle on układa się na niej i staje się cud. stała się córka. mała dziewczynka. zwykły człowiek, a nie żaden cud. powtarzalny, przyziemny, niesamodzielny i nudny. odszedł. nie do kogoś, tylko od nich. uciekł, wydostał się z pułapki by żyć. czerpać garściami, brylować, być w centrum wszechświata i za nic nie płacić wysokiej ceny. uzależniony od niezależności nigdy nie żałował swojej decyzji.

w dniu czterdziestych urodzin zmartwychwstał. po latach prawdziwego życia, bez zobowiązań i bez skrupułów umarł na kilka sekund. zawał zwalił go z nóg i zapalił światło w tunelu. dwie operacje, miesiące rehabilitacji, ból przy każdym ruchu, słowie, jedzeniu i wydalaniu. ale żył. stracił tabliczkę na drzwiach, sekretarkę, konto i nawet te drobne dla biedaków. ale żył. stracił kochanki, niezależność i lożę w centrum wydarzeń. zamieszkał z matką w swoim starym pokoju. zbiera wycinki z gazet, nie na jakiś konkretny temat, zbiera wszystkie, wycina ile się da, tak, żeby zmarnować jak najmniej. dziś wyjątkowo źle poszło i teraz gryzie nerwowo paznokcie. świat spada mu na głowę, oddech się spłyca. szurając kapciami, obijając się o meblościankę w ostatnim momencie ucieka nicości na balkon i krzyczy.

przecież musi być wytłumaczenie, dlaczego ktoś taki, jak on staje codziennie, na balkonie w swojej za małej, poplamionej moczem piżamie i woła „ja-ro-sław polskę zbaw!”. za dwie godziny wstanie, zje burą kaszę i będzie tym człowiekiem, którego nigdy by się po sobie nie spodziewał.

akt

leży w szufladzie. biały, cienki papier, opowiadający nową historię starych ścian. laserowy wydruk faktów. bez zbędnych słów. bez rodzinnych dialogów, anegdot i wspomnień. bez wyjaśnień, kto stoi za imionami i nazwiskami.

zbiór liter, a nie kobieta bez pamięci, pytająca stale: co? gdzie? kiedy?
prężne znaki na przekór jego wadliwym zastawkom, bajpasom i zmęczeniu życiem z kobietą, która stała się nieporadnym starcem.
na końcu dane tej, której darowali. tej samej, która coraz częściej boi się, że starci.
warszawski adres, mieszkanie z oknami na zachód. za chwilę opustoszeje, bo starość rządzi się swoimi prawami. bo ona nie pamięta już, gdzie stoją filiżanki, ani że wstawiła wodę na herbatę. znikną ich obrazy, lampy i pożółkłe książki, bo życie powoli zatacza koło. on, zupełnie jak dziecko potrzebuje popołudniowej drzemki. najchętniej drzemie całe dnie.
zamkną drzwi i ostatni raz przekręcą w nich klucz. o czym myśli się przekręcając klucz po raz ostatni? ostatni po czterdziestu dziewięciu latach. może wspomina się swoją młodość. ważne decyzje albo tańce na kuchennym stole. może myśli się o nieprzespanych nocach, przegadanych do białego rana: o tym, co w czasie wojny, albo o książce, która nie daje spokoju, o kolejnym remoncie, pomarańczach, pracy i dziewczynce, która właściwie obca, a przecież wnuczka. może przywołuje się rodzinne spotkania. stół, przy którym zasiadali do wigilijnej kolacji. bez niej, tej obcej przez lata dziewczynki, która wyrosła na wnuczkę . tej, której oddali mieszkanie, bo młodość potrzebuje metrażu.

szukam słów, zbieram obrazki.

szukam słów, zbieram obrazki.

lato ładnie się dzieje

lato ładnie się dzieje

trzy matki, czyli trzy teorie o tym, jak nie zepsuć dzidziusia.

matka jest tylko jedna. no chyba, że sama się nią stajesz, a obok masz własną, to już są dwie. jeżeli jeszcze przy twojej rodzicielce pojawia się szanowna seniorka rodu, to masz szczęście… masz szczęście, jeśli możesz wycofać się niepostrzeżenie, spakować kufry, zatrzeć ślady i uciec.

dziecko cierpliwe jest i wyrozumiałe. miękkie i małe, ale przy niezdarnych ruchach zielonej matki, trzyma się dzielnie, jakby było ze stali. dziecku za to wielkie dzięki, karmienie na żądanie i suchą pieluchę. znajomość może i krótka, macierzyństwo bez dobrego cv, ale jest porozumienie, sympatia i zacieśnia się więź. jest jeszcze coś znacznie większego i (nie)zwykłego, ale o tym nie teraz. tyle małe z matką. spokojnie, bez rwania włosów z głów.

puk puk, stuk, stuk. na scenę wchodzi matka druga. puk, puk, stuk, stuk. do drzwi puka delikatnie, niosąc zapewne dobre słowo i zachwyt nad tą jeszcze nieopierzoną. puk, puk, stuk, stuk, a co to? nikogo tu nie ma za drzwiami. puk, puk, stuk, stuk, niemądra matko początkująca, złota rada nie puka do drzwi, tylko bębni palcami o blacik nerwowo. dudni modlitwę o przetrwanie dzidziusia w twojej, zagrażającej mu obecności. i gdy usłyszysz sekundę ciszy, to nie na znak relaksu, w tej oto właśnie chwili pozornej błogości, werbalizuje się , utkana dobrą wiarą, fala krytyki, bycie na przekór i układanie dzidziusia na odwrót. cytatów nie trzeba, co dom to język własny.

to wszystko nic, do teraz.

teraz weszła seniorka, matka trzecia, doświadczenie wagi ciężkiej i takowa też argumentacja. ona nie stuka, ona nie puka, na ciszę też czasu cennego nie marnuje. ona cierpi. serce ją boli, bo jej się kraje, patrzeć nie może, ani oczu zamknąć. spać po nocach nie będzie po tym, co tu zobaczyła, a może raczej przez to, czego nie widzi tu na pewno.

a czego nie widzi?

stojącego powietrza, bo okno przy dziecku otwarte, a to przecież lato i wiadomo, zefirek, wicherek, zawieje, małe piąstki i stópki odmrozi. czapeczki na główce małego też nie widzi, więc zapalenie ucha gotowe, bo w murach gorzej niż na zewnątrz. z zimna to mu włoski wypadną, włosków zresztą też nie widzi i to przynajmniej już wiadomo dlaczego. becika, pierzynki, kocyka, batystowej koszulki, pieluszki przy buźce, śpioszków, pieca, co by go wsadzić na jedną choćby zdrowaśkę, zdrowaśki i bozi z piernika też nie widzi, ale o tym innym razem. matce trzeciej czas umierać, bo nie tak się dzieci chowa, a już zwłaszcza takie maluczkie i gdyby tylko miała siłę, to by pokazała, tej co to nic jeszcze o matkowaniu nie wie, ale siły jej starcza jedynie na wszystkiego wypowiedzenie. z dwojga złego, nie wiadomo, co gorsze.

co na to matka druga?

to zależy, co ta od dzidziusia, bo matka druga musi zawsze na odwrót. i jeszcze, co chyba zrozumiałe, nie może zgodzić się z tą trzecią. ciężkie i bezlitośnie szarpiące jej nerwy to zadanie, ale skoro matka, babka i prababka sobie poradziły, to i ona wytrwa.

a dzidziuś śpi.

co tak śpi? bo głodny! przegrzany, albo zmarznięty. o, budzi się. bo głodny! przegrzany, albo zmarznięty. albo przejedzony to i spać nie może. i znowu na rękach, tak nie można, rozpieszczanie w biały dzień. a teraz, jak marudzi, to teraz matka go nie ponosi? to wrażliwe dziecko, potrzebuje bliskości. i nie tak się trzyma, bo tylko w jedną stronę główkę przekręca i od tego to będzie zez, krótka twarz i jeszcze pójdzie mu w pięty płaskostopiem. i niech im ta nowa nie mówi, co lekarz powiedział, bo one medycynę chałupniczo przerabiały i wiedzą. wiedzą, że mają rację i to nie dlatego nawet, że stoi za nimi czarno na białym litera ale dlatego, że one tak mówią.

a w ogóle to do cholery z tą matką! dzidziusia powiła chyba tylko po to, żeby te dwie wykończyć. ale przyjdzie i na nią pora, kiedyś będzie drugą, a jak los da to i trzecią i wtedy za wszystko zapłaci.

biało – czerwona, czyli od królowej do zwykłej szmaty.

pierwsza dama ostatnich dni zaliczyła swoje pięć minut. happy endu nie będzie, tournée skończone. gdzieniegdzie wyprzedaje jeszcze swe wdzięki za pół ceny ale i to z marnym skutkiem. trudno wróżyć jej świetlaną przyszłość, wizja powrotu do lamusa wydaje się bardziej prawdopodobna.

jest kilka świątecznych rocznic, kiedy to mogłaby dumnie prężyć się na wietrze. ale trzeba by ją mieć, to raz, może przeprasować, to dwa, no i wywiesić dość sprytnie, nie wspominając o pilnowaniu, by nie spadła. za dużo zachodu. na zachodzie mają w tej kwestii łatwość wrodzoną i dlatego niektórym flagom się powodzi. nasza sroce spod ogona nie wypadła, ale niejeden polak mały na oczy by jej pewnie nie zobaczył, gdyby nie cud ostatnich dni.  biało- czerwona była wszędzie. szczelnie wypełniała osiedla, powiewała na samochodach, opinała krajowe piersi, dosłownie wlazła ludziom na głowy. szaleństwu uległy nawet produkty o korzeniach z daleka, a jedynie i aż rozlewane, pakowane i co tam jeszcze trzeba na ziemiach z końcówką .pl.

doskonałość podobno nie istnieje i może dlatego biało-czerwoną też nieco podrasowano. fajny sloganik, piłeczka, graficzka, wszystko dla kotka, misiaczka, chorągiewki, flagusi, która wersję ma jeszcze z orzełkiem, ale to w końcu mało. są takie co błyszczą się gwiazdkami w ilości niepoliczalnej, to czemu tej naszej, not enough funky, czegoś nie dołożyć. piękności, niuni, żabce kochanej, maskotce rodaków o patriotycznych spazmach. niech ma. niech mają, my miejmy wszyscy, bo lubimy mieć więcej niż mniej. a skoro tak, to całe szczęście dzierżymy też taką, ze szwem wzmocnionym, bo rozmiarów jest niebagatelnych. cholera wie, co się z nią teraz stanie, ale w sobotę to był jej wieczór i mimo, że ludzie zapomną, to ona pamiętać to będzie do końca, bo taki bal się już nie powtórzy.

pan z siódmego piętra swoją biało-czerwoną, rozmiar m, kochał i dopieszczał przez osiem dni. głaskał, wygładzał, na pewno w miłosnym uniesieniu zdarzały się gesty bardziej intymne. do czasu.  dokładnie do sobotniej nocy, kiedy to w szale, brutalnym ruchem zerwał i spuścił z balkonu. nawet się za nią nie wychylił. świadkowie zdarzenia widzieli, że obcy ludzie wdeptali ją w ziemię, dobili. tak kończą kochanki fanatyków.