to nie jest kraj dla myślących ludzi.
propozycja rosyjskiej ruletki wywołała falę sprzeciwu. organizatorkę wieczorku oskarżono o niepolskość, niewiarę, aborcję, eutanazję i seks z putinem. zapadła dłuższa cisza. to rzadkość w towarzystwie mówców. chór gotowy do komentarza, trwa na wydechu. ktoś nerwowo opróżnił butelkę, rekwizyt potoczył się po pokoju. organizatorka zakręciła pierwsza. niech wygra najlepszy. bez reguł i zasad, w imię narodu, granic kraju, polskiego ducha. w imię tego, co najważniejsze, jedyne, prawdziwe, poparte dowodami na trzy pokolenia wstecz. flagę wprowadzić! do hymnu!
chór: ten, kto tego wszystkiego w sercu nie ma ten żyd! a ty jesteś stara dupa. brzydka i śmierdzisz, może nawet dajesz murzynowi! fuj!
pan premier robił uniki. nie dlatego, że chciał, po prostu się przyzwyczaił. wychylał się to na lewo, to na prawo. retardował, jąkał bezwiednie, groził, pozował, kokietował, kozaczył aż padł. poddał się cichutko i udawał, że nie boli. niech mają! jak nie teraz to innym razem. to się w końcu uda. a jak nie, to drugie dobrze. oj tam oj tam, głupia gra!
chór: kolejka stracona, córka wystrojona!
w oka mgnieniu stery przejął niedetektyw r. wyczuł, że jeśli tego nie zrobi, wieczór padnie na ryj. coś zamącił, pogroził, wysłał jakieś nic do ekspertyzy. raz, dwa trzy, katem jesteś ty! jak nie ty, no to… to nie jest zwykła gra, to gra operacyjna! ten zabił tego. sprawa zakończona, nagrodę weźmie, ale przeznaczy na cele. bez licencji a ludzki pan. no to teraz niech trup zakręci, bo śledztwo nie kończy się nigdy!
chór: żeby tylko tacy oszuści, to żyło by się wreszcie jak w cywilizowanym kraju. on wskazał, kto zabił, a że się pomylił? każdemu się zdarza, nikt się nie obraża!
a zmyła! żart, psikus, bo martwy to ten drugi, a ten tu siedzi i nim nie jest, mimo, że oczy przecież nie kłamią. a skoro o tym, bo tak mu się wszystko kojarzy, to cicho, cicho, bo słyszy głosy. jak to jakie? te z kokpitu. ale jakiś szmer paskudny wszystko zagłusza. to mgłę ciągną, szeleszczą okropnie. wiadomo, gdzie rosja a gdzie hollywood. butelki nie odda, bo tragedii już dosyć matce polsce. czasem zakręci, czasem tylko pokaże. zrobi, jak zechce, zdania nie zmieni. głos oddaje posłance, na chwilkę, do zwrotu, bo teraz się tak będą sprawiedliwie i w jedyny słuszny sposób wymieniać. raz on, raz ona, dopóki nie przyjdzie hofmanek. to już będzie niedługo, sypkim pudrem teraz tylko nosek przyprószą.
chór: oto jest pan! bóg ojciec, duch święty, albo kain, lub abel, to trzeba jeszcze sprawdzić. alleluja! po latach utrapienia trzyma butelkę i nie odda. polak z polaka i w polaku! wreszcie można spać spokojnie, chyba, że jest się europejczykiem. wtedy lepiej oczy mieć otwarte! europo przyszła twoja czarna godzina! o morderczyni nasza! upokorzycielko nasza! gacie pakuj kacie i won!
ona, posłanka, krótko: poezja szymborskiej to jej się z polskością nie kojarzy! z tego wniosek
puentować chce chór: ale, ale ukłony dla posłanki! ledwo ta poetka ostygła troszkę, a ona niestrudzona już dotarła do wierszyków gówno wartych! wierzby, pszenicy, kartofliska, nic nie ma! a nobel, wiadomo, szwedzki drań. do wymuszania zachwytu zakamuflowaną poezją zdradziecką. i o czym to w ogóle było? każdy słowa sobie może zestawić w komplecik! wstyd! i świecki pogrzeb chciała, boga w sercu nie miała!
tu słowo przerywa happening, bo przy stole siedzi z nimi mistrz takowych, jednostka niecierpliwa. pokój zadymił kadzidłem, nikt się nie spostrzegł, kiedy dorysował wszystkim wąsy. i co wy na to? zatkało? what’s up bitches? szarżuje obcymi słowami.
chór: wtf, lol, omg! zatkało!
butelka toczy się po nierównej podłodze, końca nie będzie. konia dosiada k. beata, drżącym głosem skrzeczy, że jej czubaszek marii żal. że matka powiła ich piątkę i kraj mogą budować, a taka bezdzietna maria to co? imię piękne na zmarnowanie…
chór: niematka, chodząca aborcja, to co może? nic nie może! jaka strata, jaki żal! zabić w łonie! to król grzechu najcięższego! łono jest od bycia ołtarzem, cieplutkim kokonem miłości, a nie od bycia podbrzuszem. święci od ołtarzy, kobiety od bolesnych porodów. krew, rozwarcie, łożysko i skurcze to piękne słowa dla tej, co ma macicę. zapłodniona, zatopiona! decyzji jej innej, niż powić, podjąć nie wolno! ona, matka musi być męczennicą, inaczej jest tylko ścierwem i grzesznicą!
chór płacze. zebrani biczują się w ramach zalecanej profilaktyki. organizatorka chyba krzyczy.
chór: to ile trzeba pluszowych tygrysków, żeby wszystkie nienarodzone istotki otulić miłością? albo te zabite zaraz po urodzeniu? ile cierpliwości, ludzkiej wyższości nad bestią, żeby takiej mordmatki nie zlinczować? to nie jest żadna osobista tragedia! to zawsze jest sprawa nas wszystkich! nas onanistów ludzkim nieszczęściem. ludzi z dobrą wolą smakowania cudzych dramatów. bo jak nie przyjść, nie popatrzeć? wyławiane, wykopane, wyjmowane, to tu, to tam, na trasie spacerowej, w sobotnie przedpołudnia, w parczku, w lasku, na placyku, z beczuszki, z kontenerka, z reklamóweczki. zobacz, jaki martwy bobasek, zapalimy mu świeczuszkę, damy lalę, narysuj dziecko obrazek dla małego trupka. bóg czuwa, żeśmy się tu znaleźli! ale passa! my jesteśmy dobrzy ludzie! a jak tego nie rozumiesz toś żyd! a jak ci się w głowie mieści inaczej troszkę, toś pedał i faszysta! zdechnij, bo tu nie ma miejsca dla takich, jak ty!
…
organizatorka spotkania, w nocy z poniedziałku na wtorek budzi się i siada na łóżku. rozgląda się po ciemnym pokoju, uspokaja się i opada na poduszkę. dopiero po kilku minutach dociera do niej, że to nie był sen.